niedziela, 29 września 2013

i Kasztanki...

Gdy pracowałam zawodowo [dla niewtajemniczonych n-l przedszkola i klas I-III] każdego września byłam skazana na jesiennie tematy w podstawie programowej.
Po kilku latach 'darów jesieni' słabo mi się robiło przy każdym odbijanym liściu, kasztanowym ludziku i koralach z jarzębiny...
Kosze z obowiązkowym jabłkiem, gruszką i śliwką, plastelinowe grzybki czy wydzieranki muchomorki....
Nie znosiłam 'darów jesieni' niemal tak mocno jak 'Darów Losu'.
Niechęć ta zakorzeniła mi się tak bardzo, że gdy Dziadzia napisał smsa nieznoszącego sprzeciwu 'Idziemy zbierać kasztany na Alei Kasztanowej' szlag mnie trafił, że to nie czasy PRLu kiedy to nazwy były tylko nazwami ulic, niemającymi nic wspólnego z ich charakterystyką.
No i kij, mamy Aleję Kasztanową, mamy jesień, mamy pilnego ucznia - Dziadka, trzeba iść po 'dary jesieni'.
Poszłam żem z fochem i w wysokich butach. Tak na przekór, że ja zbierać nie będę!

Bolo po wielu dniach postu biegowego [gile, szczepienia i inne pierdoły wieku dziecięcego] wystartował jak z procy i stanął wryty.
Ani kroku dalej. Ryczeć się chce. 
Okazało się, że podłoże pełne kasztanowych skorupek to jest czyste z zło, po którym nie da się chodzić.
Moja frustracja sięgnęła zenitu. Chryste, zbieraj dary i spadamy do domu!
Gadaliśmy mu o tych kasztanach pół popołudnia. A na miejscu, na zakichanej Alei Kasztanowej ani pół kasztana. Wszystko pozbierane! 
Wyobraziłam sobie te wszystkie domy, w których teraz zblazowani rodzice montują wykałaczki i zapałki w 'darach jesieni' i ciarki me plecy przebiegły.

Szczęście w nieszczęściu, zerwał się wielki wiatr i nowe kasztany postrącał.
Czy któryś walnął w głowę Bola? Albo Tatę Bola? Dziadzia może?
Nie. Oczywiście na Matkę atak przepuściły jesienne wredoty, co rozbawiło setnie męskie grono...

Potem już poszło. Podłoże ze skorupek okazało się extra. Każdy nowy, zdobyty kasztan okraszony był okrzykami 'Hujaaa! Szaszan!' a chłopaki z trzech pokoleń prześcigali się kto więcej uzbiera.
[musieliśmy tłumaczyć Dziadzi dobitnie, że to nie znaczy Chu*a Szatan!...ale nie wyglądał na przekonanego...]

Przyznaję, było fajniej niż 'pamiętam' z czasów zawodowych, jednak nadal twierdzę, że 'dary jesieni' są wnerwiające.
Ot, takie dary losu dla rodzica. Nie uciekniesz... Teraz czekać tylko aż Dziadzia nakaże wyprawę na żołędzie...Nie idę.


Jako pierwsi, 'najpierwsi' macie okazję, wspólnie z nami zapoznać się z nową kolekcją Pan Pantaloni.
Część z Was wie, że były 3 marki, na których nowości czekałam z zapartym tchem.
Pan Pantaloni to jedna z nich. Resztę pokażemy sukcesywnie.

Zupełnie nie wiedziałam czego się spodziewać ale miałam wielką nadzieje, że przede wszystkim wymyślą i stworzą jesienno-zimową wersję letnich pantalonów, w których, słowo daję, przechodziliśmy 3/4 lata.
[KLIK
[Tu kłania się jakość. Mimo, że pantalony 'zachodzone i zaprane' na śmierć mają się nadal doskonale.]

I tak się stało!
To jest pierwsza z dwóch rzeczy w ich kolekcji, na którą chcę zwrócić szczególną uwagę.
Krój pantalonów - genialny. Jak poprzednio.
4 wersje kolorystyczne. Dla nas żółto - kasztanowe to must have.
Regulacja w pasie [gumka + guziczki] bardzo, bardzo ważne, szczególnie dla 'chudych dupek'.
No i największa 'afera' to materiał, a raczej materiały. Spodnie są naprawdę grube. Naprawdę bardzo grube! Jednocześnie zupełnie miękkie. Na miziakowej podszewce, 'masywne' ale zupełnie nie krępują ruchów.
To portki idealne na jesiennie chłody ale i zimowe spacery. Jak włożymy pod nie rajty to i na mrozy. Słowo.
Wiem już [co zresztą sprawdziliśmy], że tak jak wersja letnia, tak wersja zimowa sprawdzi się genialnie na zimnych placach zabaw, na ziębiących tyłki zjeżdżalniach, w chłodnych piaskownicach.
Wiem, że pupsztyl, nerki, i  reszta portkowej zawartości będzie chroniona.
Zupełnie szczerze uważam, że para takich pantalonów w szafie Kurdupli zmieni, i bardzo ułatwi nam życie.
Nam - Matulom.





Druga rzecz to kamizelka.
Po pierwsze ogromnie podoba mi się wybór kolorów. 
'Nasz' ciepły żółty, amarantowy i szary.
Cała kolekcja jest zaprojektowana tak, że poszczególne elementy, niezależnie od kolorów, możemy łączyć ze sobą i zawsze będzie czad.
Początkowo do żółtych pantalonów chciałam szarą kamizelkę. ALE.
Nie dość, że żółty bardzo do mnie przemawia w Bola garderobie to przecież nie będzie tych ciuchów zawsze nosił razem, będziemy je zestawiać z innymi spodniami, innymi kurtkami czy bluzami.
Chciałam żółtą i już. I dopiero wtedy dowiedziałam się, że jest dwustronna!
Zero dalszych wątpliwości. Żółta lub szara na życzenie.
A potem mocno zdziwiłam się, że żółty z żółtym właśnie wygląda super.
Wśród otaczających nas kasztanowych klimatów - nie mogłam się na Bolka napatrzeć.
Uwielbiam.
Podsumowując kamizelkę - jest na ciepłym polarze ale nie jest gruba, Bolo nie wygląda w niej jak truck-driver... Uszy wiadomo... zawsze ujmują, te są nienachalne, ot taki myk, który wywołuje błogi uśmiech na twarzach mijających nas osób.
Kaptur, gruby suwak, dwustronność [szczególnie praktyczna na wyprawach z przygodą - 'Mamo! Upaprałem się!' - a Wy macie przed sobą jeszcze wizytę u dentysty...]. 
Bardzo przemyślane ciuchy.
Ale w końcu cóż się dziwić, skoro projektuje je Mama Dwulatka...





Zestaw ten, niezależnie czy noszony razem czy osobno będzie mocnym punktem naszych jesiennych wychodnych. Jest jednym z tych dobrych 'systemów', praktyczność +10 a oko dorosłego i ciałko Dzieciora uradowane. Dla mnie niezwykle ważne połączenie.



Nowa kolekcja PanPantaloni w sklepie już jutro [30.09.2013] a tymczasem pokażę Wam jeszcze wersję bardziej dziewczęcą - w jakiej szaleje po spacerniakach Mila...
[Bolo ma na sobie czarną bluzę też od PanPantaloni. Bluzy będą czarne i malinowe. Gładkie, mięsiste, oversize - nie widziałam nigdzie bluz tego typu, nigdzie.]


piątek, 27 września 2013

A może syrop daktylowy?


Nie znoszę niekapków.

No nie znoszę. I wiele mam, które znam mają podobne odczucie.
Ileż to z nas ma szuflady pełne tych pierdół, plastikowych zakrywek, części, nietrafionych wyborów, markowych i tych noname... Ileż to kasy wydałyśmy na niezliczone próby typu 'a może TEN załapie', ileż zakupów była podyktowana radosną nowiną koleżanki 'kup ten! u nas zadziałał!'.
Z może ze słomką, a może z takim dzióbkiem, a może 'ten' będzie faktycznie 'nie kapał'...
Jestem w tym gronie.
Poszukiwanie trwało półtora roku i do dziś znajduję w głębiach szuflad resztki tych przepraw.
Aż w końcu, wreszcie znalazłam Safe Sippy [KLIK] /zaglądanie na te stare posty to trochę jak oglądanie swoich zdjęć z czasów nastoletnich, trochę wstyd a trochę śmiech ;)/
To było w styczniu. 9 miesięcy temu i nadal nie zmieniłabym słowa z tamtego tekstu.

Jak wiecie, jestem wierna markom.
Jeśli coś działa, sprawdza się miesiącami, latami to nie są mi potrzebne inności.
Jednak nadszedł czas na 'upgrade'.

Wiadomo, w domu, gdy rozlania, wylania i inne harce 'piciowe' znoszę z względnym spokojem, więc Bobek pije ze zwykłego kubka, tak na wyjściach, spacerach, wyprawach czy zajęciach dla dzieci - nie wyobrażam sobie przebierać go sto razy. Inna sprawa, że zależy mi też na tym CO pije, więc to z domu zabieramy to co słuszne.
[To samo dotyczy picia w łóżku.]



Bidon. To prawie jak kupno plecaka czy parasolki. Strasznie dorosła sprawa, w której Dwulatek już aktywnie i świadomie uczestniczy.
Bolo chodząc na różne zajęcia [o tym niebawem] podglądał starsze dzieci mające BIDONY i patrzył tęsknym wzrokiem, pytał 'a Boło?'.
I tak Boło awansował na bidoniarza gotowego na podbój podwórka.

Nawet do głowy mi nie przyszło żeby szukać gdzie indziej niż tam gdzie sprawdził się nasz niekapek.
Poniżej zobaczcie realfoto z dziś. 9 miesięcy używania non stop i jedyne co widać to małe efekty ząbkowania.


9 miesięcy i butla jest jak nowa. To była jedna z najlepszych inwestycji. Jedyne czego żałuję to tego, że kupiłam ją tak późno, po drodze wyrzucając kasę na tonę plastikowego badziewia.
Wtedy w ogóle nie myślałam o trwałości, o tym, że to stal nierdzewna i co to oznacza.
Dziś wiem, że to kluczowe przy wyborze gdy chcemy aby ten wybór był jednorazowy.



Nie chcę mędrkować o właściwościach stali [najzdrowszy materiał do przechowywania żywności i płynów] ani o 'dnie' jaki reprezentuje sobą plastik. Ale jestem pewna, że każdego rodzica zainteresuje ten oto tekst KLIK. Jak wiecie daleko mi do ekomamy [łoo jezuu jak daleko!] i bardzo rzadko czytam tego typu artykuły ale ten naprawdę do mnie przemawia.

Tak więc z Safe Sippy płynnie i radośnie przeszliśmy na Safe Sporter.
Stal nierdzewna. Wypustkowa powierzchnia do trzymania [bidon nie ślizga się a gdy ma wewnątrz ciepły/gorący napój nie parzy paluchów]. Dzióbek 'bidonowy' jest z elastycznej gumy dzięki czemu Bolo nie zjada zębów na otwieraniu [bo wiadomo, że otwieranie palcami nie wchodzi w grę...].
I jeszcze coś co skradło me serce, 'zatyczka' jest przymocowana do bidonu na stałe. Niby pierdoła ale wierzcie mi, tyle ile my zgubiliśmy takich zatyczek... no i aż się prosi o zamknięcie więc Bolo nawet jak nie pamieta żeby zatrzasnąć dzióbek, to zamyka górną zatyczkę, co z kolei automatycznie zamyka dzióbek...
i w torbie, w plecaku, w wózku, w łóżku - jest sucho.







Polecamy ogromnie.
I jeszcze ważny fakt. Butle i bidony Kidbasix są o jakieś 40% tańsze od innych tego typu na naszym rynku, zachowując top-jakość. I ponownie podkreślam, jest to jednorazowy zakup na wiele, wiele miesięcy.

SafeSporter TU --> HipKids

DWA BIDONY lub/i BUTLE MAM DLA WAS - DO ROZDANIA. INFO NA KOŃCU.

Stal nierdzewna dobrze utrzymuje temperaturę. To ważne i latem i zimą.
Zdjęcia Bola obrazują picie chudego bulionu na spacerze....
Bo teraz o tym co pić a czego nie pić i jak 'odchudzić' rosół tak, żeby nie stracił swoich wartości a stał się fajnym 'piciem' na zimnym dworze....





Bolo pije wodę. WYŁĄCZNIE wodę. I choć to najzdrowsze picie świata i wcale nie narzekam to czasami są sytuacje kiedy chciałabym bardzo żeby wypił 'coś innego'.
Mleka nie pije odkąd skończył 6 miesięcy. Nic nie szkodzi.
Herbatek nie pije od zawsze. Nic nie szkodzi - choć 'meliskę' mógłby łaskawie sobie strzelić od czasu do czasu.
Kakao, czekolada, soki, kompoty... NIC.
I kiedy ma wzmożoną fazę 'Mamo, przecież wiesz, że jestem niejadkiem i głodu nie czuję' to dużo dałabym za to, żeby jakiekolwiek kalorie czy inne składniki dostarczył sobie piciem...
Mamo! Kałę! - woda, wyłącznie woda.

Zupy. Zje 3 łyżki ze smakiem. I koniec. Najedzony. A zupy to takie dobro dla organizmu!
I tak wymyśliłam, że może, może....wypije rosół ale z bidonu.
Uknułam plan. Ugotowałam bardzo esencjonalny rosół, po bożemu godzinami, aby aby pyrczył tylko, na kościach wołowych i kawałku kury, z toną włoszczyzny.
Na noc wstawiłam do lodówki tak aby cały tłuszcz stężał na wierzchu. Rano tłuszcz zdjęłam [ciut paskudna sprawa, że tam z centymetr tłustej kry było...] Podgrzałam i znowu do lodówki. Zebrałam jeszcze jedną, mniejszą już warstwę i tym sposobem uzyskałam lekki, nietłusty ale esencjonalny bulion.
Siup gorący do bidonu [nie wrzący!] i na spacer.
Wiało ostro, Bobek po 'gilach' stęskniony za spacerniakiem szalał i szalał, w końcu przyleciał po picie.
Pierwszy łyk i mina - 'WTF?!' ale... ale jak po chwili zaczął ciągnąć 'bidon' tak, że moje serce skakało.
Wyżłopał na spacerze 400 ml bulionu!!! Tyle rosołu nie zjadł przez całe swoje życie...
Jestem genialna i jestem w niebie.

A teraz posłuchajcie naprawdę rewelacyjnego przepisu na zdrowe picie.
Witamy serdecznie Pannę Mi i jej pyszne cudeńka. 
A jej samej machamy radośnie i prosimy o wygodne zasiedzenie na KiKu!

Klockowa Mama dała mi do myślenia, nie raz, nie dwa, nie trzy razy. Zawsze powodowało to jakieś pozytywne skutki i tak jest i tym razem. Rzuciła tematem, a ja w chwil kilka załapałam i zastanawiać zaczęłam się, kiedy stałam się spożywczo świadomą Matką. No był zwykły dzień, kupowałam herbaty w granulacie i coś mnie tknęło żeby etykietę przeczytać. Dawałam Małej do picia już jakiś czas i jak ujrzałam 98 % cukru to mnie w podłogę, w markecie, wgniotło i stałam tam jeszcze jakiś czas w szoku. [Wtrącę się - nie lepiej wypadają soki, nektary, napoje - i już totalnie dla mnie szokująca sprawa - smakowa woda słodzona...] Wróciłam do domu nie z nowym opakowaniem ale z śliwkami, jabłkami i rabarbarem – wrzuciłam do garnka, zagotowałam i poczułam się niczym Eko Matka. Gdyby nie fakt, że nią nie jestem moglibyście w to z pewnością uwierzyć. Zaczęłam szukać dalej, kombinowałam z miętą, limetką i teraz jestem miejscu gdzie goździki i inne cuda nie są nam obce, zwłaszcza w napojach. Zanim więc wyrzucicie swoje granulaty i inne cukry jakie wypełniają spożywczaki to proponuje zapisać przepis. Mamy jesień więc stawiamy na rozgrzewające napoje, do dzieła NieEko Matki! Potrzebujecie gar z wodą, do którego wrzucimy 3 śliwki, jabłko - pogotujmy chwilę, dorzućmy goździki, odrobinę wanilii i cukru do smaku***- obawiam się, ze ciężko w tym temacie dorównać granulatowi – ulepka nie będzie. Ewentualnie, jak lenia mamy- parzymy zwykłą czarną herbatę na słomkowy kolor, dorzucamy pomarańczę – do smaku: goździki, cynamon, wanilia, imbir...
Bierzemy koc i rozgrzewamy się - z Dzieciorem u boku. Poleca pseudo Eko Matka Kamila S.

***ja dodam od siebie, że jak cukier to brązowy, że najlepiej nie cukier a miód, stevia lub absolutny hit u nas w domu - syrop daktylowy.

 Na koniec zabawa.
Do wygrania dwie dowolne butle lub bidony.


Kliknij w powyższą grafikę.
Wybierz rodzaj i kolor butli jaki Ci się podoba.
W komentarzu napisz jaki jest Twój wybór.
Dodaj co byś do tej butli wlała dla swojego Kurdupla.
[może masz swój przepis na czadowe picie?!]
Udostępnij ten link KLIK [kto nie na FB może to zrobić na blogu lub innym nośniku]
Podaj link gdzie szukać udostępnienia.
Podpisz się.
Polub KidBasixPolska bo to tam znajdziesz wyniki zabawy w środę 2.10.2013 do godz. 20.00
Na komentarze czekamy do środy 2.10.2013 do godz. 12.00

wtorek, 24 września 2013

Film Sponsorowany ale reszta moja.

Ten post jest sponsorowany przez Domestos [dla Unicef], ale zawarte treści są mojego autorstwa.

Ile razy dziennie myślimy o problemach globalnych? Zero? Zero, przecinek zero, jeden...?
No bo niby po co. Dlaczego, skoro człowiek ma TYLE problemów własnych, 'sąsiedzkich' lub regionalnych.
Ileż to dzieci potrzebuje pomocy w naszym mieście, ileż to akcji trafia do nas z prośbą o wsparcie, o dobre serce, o kawałek portfela?
Bardzo, bardzo dużo. To oczywiste. W czasach gdzie media docierają do nas w każdej niemalże sekundzie naszego życia, są genialnym nośnikiem takich informacji.
Kampanie społeczne, kampanie prowadzone przez fundacje, kampanie prywatne, społecznościowe...

Czy owe kampanie wpływają na nasze poczynania?
Nie wiem. Mam wrażenie, że to loteria...
Ale czy wpływają na naszą świadomość?
Myślę, że bardzo.

Chciałam zaprezentować Wam jedną z kampanii, która nie jest ani szokująca ani o nic nie prosi.
Chodzi o świadomość.
I chodzi też o dzieci.
Jak dla mnie wystarczający powód, żeby wyrwać 3 minuty naszego cennego czasu i wbić sobie na szybko, bez zbędnej filozofii, do głowy, że nasze codzienne wybory mogą mieć wpływ na coś dużego.

I mimo, iż wiem, że 5%, które przekazuje Domestos na taką akcję to kropla, pyłek w dochodach giganta, to nadal podoba mi się idea, żeby robić coś. Cokolwiek z etykietą 'dobre'.

Najpierw obejrzycie, proszę, filmik. Jest dzieciorowy.


A teraz posłuchajcie.
Około 2,5 miliarda ludzi jest bez dostępu do godnych warunków sanitarnych - takich luksusów jak zwykła toaleta.
Każdego dnia 2000 dzieci umiera z powodu biegunki, która jest wyłącznie efektem braku higieny.
Co z kolei wynika z prostego faktu - [znowu!] braku dostępu do odpowiednich warunków sanitarnych.

I tu Domestos fajnie się wpasował.
Wraz z Unicefem wspiera Akcję - Community Approaches to Total Sanitation (CATS) przekazując 5% rocznych dochodów ze sprzedaży specjalnie oznaczonych butelek Domestos.
Program Społeczne Podejście do Totalnej Sanitaryzacji [CATS] to próba zmiany zachowania i podejścia do życia, poprzez promocję  praktyk dobrej higieny. Program pomaga zwiększyć wzrost zapotrzebowania na dostęp do toalet i naświetla problem braku higieny w celu zapobiegania rozprzestrzeniania się  chorób.

• Ponad 2,5 miliarda ludzi na wiecie, czyli ponad  2/5 (37%) populacji, nie ma dostępu do podstawowej sanitaryzacji
• Dostęp do podstawowej sanitaryzacji i higieny osobistej został uznany za podstawowe prawo człowieka przez Organizację Narodów Zjednoczonych
• Program CATS działa w 50 krajach i pomógł  już  13,5 milionom ludzi

I teraz powiedzcie mi Drodzy Czytacze.
Czy jakkolwiek obchodzi nas, nas tutaj, w sercu Europy, co dzieje się na Filipinach, w Południowym Sudanie, Wietnamie, Indiach, Indonezji czy Brazylii???
Czy takie Akcje Was 'ruszają'?
Czy mają według Was sens?
Czy przy wyborze 'butli kibelkowej' weźmiecie powyższe informacje pod uwagę?
Czy ta Akcja ma szansę wpłynąć na Wasz wybór?

Jestem cholernie ciekawa :) 




poniedziałek, 23 września 2013

Mamija, Tatija, Pepija i Gordż.

Mamija, Tatija, Pepija i Gordż.
Bo Bolo ma swój 'język' na zdrobnienia... z miłości.

Peppa.
Jestem przeszczęśliwa, że moje dziecko ją lubi bo prawda jest taka, że i ja uwielbiam.
Zdaję sobie smutną sprawę, że nadejdzie czas na fascynację Cars'ami i Spiderman'ami ale póki co cieszymy się wspólnie Peppomaniactwem. Niech trwa!

Świetna kreska, genialne dialogi, poczucie humoru idealnie wpisujące się w naszą klockową rodzinę.
Uwielbiam to, że zaśmiewamy się we trójkę z sytuacji, z tekstów, z cech charakterystycznych postaci. Niektóre weszły na stałe do naszego domu.
Poniżej mój absolutnie ulubiony odcinek, który niezmiennie mnie i Tatę Bola śmieszy. Co oczywiście przekłada się na samego Bobka.
Często wspólnie, tubalnie śpiewamy najlepszą piosenkę ever...
'Zbudziłem się rano...
Słyszałem szum fal...
I niebo bez chmur... Koniec.' LOW!

video 

W Peppie ogromnie lubię nieprzeidealizowany świat, niedoskonałości bohaterów, małe 'myki', które powodują, że nie widzę nic złego w tym aby całą płytę dvd obejrzeć wspólnie tarzając się i przytulając na dywanie, ew na kanapie, w kocu...podśpiewując, gadając i chichrając się gdy Tata Świnka czyta po francusku...

Ubóstwiam świrniętego Dziadka Królika, lubię grającą na gitarze elektrycznej Panią Gazelę i Kucyka Pedro, któremu zawsze coś się myli.
Tata Świnka to mój [nowy] idol - to taki przykład nie-perfekcyjnego Tatki, który jest najukochańszy, i najfajniejszy na świecie. Jego 'eksperctwo', za duży brzuszek i przekonanie o dobrej kondycji...

No a Peppa? Nie bywa zawsze grzeczna, a George często ryczy...

Jak dołożymy do tego naprawdę spójną, fajną kreskę i przekaz [jeszcze raz podkreślam genialne dialogi i świetny polski dubbing] w każdym odcinku to mamy bajkę idealną [?]...
Peppa to nie tylko tylko oglądanie. Peppa to często okazja do rozmowy, do nauki. Bolo nauczył się wymawiania takich słów jak: saturn, mgła, tęcza, gwiazda polarna, muzyka, czy [oczywiście] błoto - właśnie przez Peppę. Peppa sprowokowała nas do tego aby o niektórych zjawiskach, sytuacjach opowiadać Bolowi przed snem. Wtedy głównym bohaterem jest chłopczyk Bolek... 
A on wypytuje, dopytuje, czasem się frasuje [Wróżką Zębuszką tak się frasuje...].
Peppa oswaja zdarzenia, pokazuje świat 2-5 latków w sposób perfekcyjnie dopasowany do ich wieku.

Tak Proszę Państwa. Jesteśmy Peppomaniakami i bardzo sobie ten stan chwalimy.

Oczywiście wraz z bajką do domu zaczęły docierać inne Peppowe pierdoły. Najlepsze to książki, które Bolo czytam CHAM, znając historyjki - czyta. Jest to coś co mnie tak wzrusza, że mogłabym patrzeć i słuchać go godzinami. Język jakim się posługuje to coś pomiędzy mową 'ludziów' zwykłych, mową własną a mową z bajek.
'Mamija Pepija i Gordż tuptup kaki. Kaki niam, niam chleb a Tatija babum do chlap! Mamija chuszkichuszki [suszki/ręcznik..] Tatijom. Gordż, dino hapsi a Baba goń! goń! i Dziadziom. Dziadzia miziu Peppa a bo baję okiem i okiem. Dada polarna, Dada polarna ....' kończy nucąc...
O jezu LOW.



Dalej mamy książeczki z zadaniami, gazetki, naklejki - cały ten majdan.
Mamy też Georga - znacie go już ze zdjęć. 
Ta maskotka to produkt TV, doskonała jakość, pupa wypełniona groszkiem i te cienkie nóżki i rączki.
George to członek nocnej i podróżniczej ferajny, to też alter-ego Bola na bycie niegrzecznym. Jak się psoci to ramię w ramię z Georgem, a jak się już za bardzo napsoci to wiadomo, 'Boło Gordżoł! Nie wolno! a Gordż tuptup i tak...' - niegrzeczniuch nie posłuchał Bola i zwiał z łóżka mimo pory spania...

Pisząc to wszystko cieszy mi się twarz jak kiedyś gdy miałam w planie kupno butów, par kilka..
Cholera... jak się perspektywa zmienia...
A nie, po prostu się rozszerza... nadal wizualizacja kupna wielu par butów powoduje uśmiech i wypieki.
Jest ok ;)

Wracając do Peppy.

Domek Peppy. Plac zabaw. Huśtawki. Zjeżdżalnie. Statek Dziadka Świnki. Auto Taty Świnki.
A przede wszystkim - figurki.
Afera!
Dwulatek ogrywa znane scenki. Dwulatek tworzy całkiem nowe historyjki. A przede wszystkim mój Dwulatek rewelacyjnie uskutecznia 'swobodną zabawę', która mimowolnie jest ukierunkowana na rozwój wyobraźni, pojęcia abstrakcji, fantazji i magicznego myślenia.
Poniżej zdjęcia z jednej z zabaw.
Objaśniam, że miska z kaczkami to staw, bułka w kuchni - wiadomo, Peppa robi siusiu na stojąco [ciągle mamy ten temat niedotarty więc na wszelki wypadek Peppa się przewraca ;)], niektórzy śpią, niektórzy oglądają bajki, niektórzy, jak Bolo, lubią to robić na leżąco, na podłodze... A do tego wszystko okazało się, że są urodziny Peppy i cała Olimpiada /warzywa i owoce/ [zrobiona przez wątpliwie zdolną Mamę] została zaproszona na imprezę.
Uwielbiam!


To co bardzo mi się podoba orócz samego faktu, że domek i pierdoły są Peppowe to to, że domek się składa i zamyka z całym majdanem w środku - i jest porządek. To lubię.
Lubię też fakt, że jest świetną alternatywą dla domku dla lalek.
Dodatkowo elementy 'placu zabaw' łączą się ze sobą na kliki.
Do wszystkiego można dokupić przeróżne figurki. Niestety nie mogę nigdzie znaleźć figurek Mamy i Taty. Jak ktoś widział - proszę o cynk.
A teraz zła wiadomość. W podlinkowanym sklepie domków już nie ma. Nie ma też już domku na drzewie.
W ogóle rzeczy stamtąd schodzą w oka mgnieniu a prawda też jest taka, że stan magazynu jest malutki.
Domki widziałam jeszcze Allegro.
W tym samym sklepie można zdobyć pluszaki TV jak nasz George.
Linkuję 3 strony, ale najciekawsze rzeczy zaczynają się na 2 stronie [plecaczki, pościele i zasłonki mnie osobiście nie przekonują].
Generalnie staram się znaleźć umiar i nie utonąć w Peppie...
Jednak figurki [którym też wystarczy domek z kartonu przecież...] i inne dodatki wspomagające rozbudowaną zabawę ze scenariuszami powstałymi w małych głowach - bardzo polecam.
Kolejny link jest do sklepu Mothercare.uk. Wysyłają do PL. Tam można wyhukać parasolki, nocniki czy kaloszki. Ale tam akurat dostępny jest domek na drzewie, czy warsztat Dziadka Psa [to kusi!].

Figurki, maskotki, części placu zabaw - Sklep PL
Kaloszki, majtki, pidżamki - Sklep UK

Jeśli znacie inne - proszę dajcie cynk :)







Peppomaniacy! Machamy do Was!!!





piątek, 20 września 2013

Pokolenie X, Y, Minky...


Taki to czas, że gile i kaszle pukają do drzwi. I im nie otwieramy, wypędzamy a one skubaniutkie cichcem, przez szparki włażą. I jak wlezą, dziady jedne, to trzeba im stawić czoła.

Gdy Bolo pierwszy raz zachorował, a miał kilka miesięcy i obyło się bez antybiotyku byłam przeszczęśliwa, ale stres jaki towarzyszył temu 'chorowaniu' pamiętam do dziś.
Potem był aż rok spokoju, aż do traumy opisanej w wielkich emocjach tu - KLIK 
[nie pytajcie jak sprawa się potoczyła... bo nadal jest w toku...]
Nowa rzeczywistość, poszukiwanie swojego lekarza. Dzięki jednej z Czytelniczek [nadal dziękuję!] mamy od ponad roku panią doktor która jest nie tylko zdecydowanym, mądrym lekarzem ale też przemiłą osobą, rozumiejącą i akceptującą dzieci - w stanie w jakim je spotyka - chore, przestraszone, zmęczone...

Ale nie tym. Dziś o fajnościach :)
Od 'tamtego czasu' Bolo brał antybiotyk raz. Jeden raz. Czy nie choruje? Choruje!
Ale mamy pewne systemy, które, gdy wdrożymy je na czas, hamują infekcję i kończy się na zwyczajnym świrowaniu w domu z nudów.
Właśnie po raz czwarty 'wyszliśmy' z takiej infekcji bez antyBola, bez szwanku. Tfutfu.
Mam małe obawy aby pisać ten post w taki sposób w jaki go napiszę ale wierzę, że trafiają tu rodzice myślący, rozumiejący, że nie jestem lekarzem, każda choroba jest inna, każda infekcja może rozwinąć się w innym kierunku, każde dziecko jest inne [!!!] i może różnie reagować.
Więc to co jest poniżej - to nie jest porada lekarska i nie wolno jej tak traktować. Jest jedynie pomocną listą wzmożonych i spójnych działań, które możemy wdrożyć u dziecka 2+.
Nadal jednak podkreślam, że stworzona została ona dla Bola przez naszą panią doktor, która go zna.
Poniżej znajdziecie listę leków bez recepty ale silnie sugeruję aby wszystko konsultować z własnym lekarzem.

Jeszcze uwaga do rodziców leczących dzieci 'naturalnie'. Wiele razy pisałam - wasze dziecko - wasze decyzje - i działa to w obie strony :)
Nie jestem osobą żyjącą 'proekobio...' i wierzącą w 'jaglankę'. Czosnek i cebula działają cuda, u mnie i męża, u mojego 2-latka powodują wymioty... Imbir mnie obrzydza a sok malinowy ... jest dla mnie sokiem malinowym i tyle. Zwyczajnie nie ufam, co nie znaczy, że te 'naturalności' nie działają. Bo tego zwyczajnie nie wiem. 
O i tyle w tym temacie.

Lista "na pierwszy rzut" przy początkach infekcji dla dzieci 2+. Dotyczy to typowych infekcji pt. "nie wiemy co to przez pierwsze dni" czyli gdy występuje katar, kaszel, podwyższona temperatura.
Czyli czym "dusimy gada" :)

1. Nurofen Forte dla dzieci (mniejsza objętość) - 2,5 ml x 3 - nawet gdy nie występuje gorączka, chodzi o działanie przeciwzapalne.
2. Nasivin do noska 3 x po 2 psiki do każdej dziurki, nawet przy małym katarze, bo nigdy nie wiemy co jest głębiej.
3. Tantum Verde - 3 x po 2 psiki. Nigdy nie zaszkodzi a możemy zapobiec zejściu infekcji niżej. Tonizuje podrażnione gardło, może ochronić krtań i migdały. 

4. Wapno Sanosvit 2 x 2,5 ml. Zamykamy naczynia.
5. Syrop typu Hedelix 2-3 x po 2,5 ml. Słaby efekt wykrztuśny, ale bardzo łagodzi śluzówkę. 

6. Clemastinum. Przy 13 kg 2 x 4 ml. Działanie przeciwalergiczne ale chcemy obkurczyć i obsuszyć śluzówki. [to akurat na receptę]
7. Dodatkowo oczywistości ale zawsze warto przypomnieć :) - woda morska do noska ile się da, inhalacje z soli fiz x 3 dziennie, dużo picia, dieta lekka i "na życzenie" jeśli chodzi o ilość, niekoniecznie mleczna (mleko zwiększa lepkość wydzielin).


[tak możemy działać przez 3 dni i obserwować. Jeśli w trakcie jest gorzej, temperatura skacze powyżej 38,5, katar staje się zielony lub żółty, a kaszel "szczekający" lub "świszczący", pojawiają się trudności z przełykaniem, oddychaniem - pędzimy lub wzywamy lekarza asap.]

I to są formalności.
A teraz przyjemności.
Pytacie mnie ostatnio o różne gadżety choróbskowe. Wiele nie mamy ale te co mamy mogę polecić z czystym sumieniem.
Pierwsza podstawa to dobry termometr, który nie doprowadza rodzica do rozpaczy w dzień, gdy musi złapać dwuletniego delikwenta na pomiar i w nocy, gdy nie chce owego obudzić.
Nasz ideał po 7 porażkach opisałam tu - KLIK - niezmiennie polecam.

Druga podstawa to nebulizator. Zdziwicie się gdy napiszę, szczególnie po naszych ciężkich przejściach, że inhalacje stały się przyjemnością? Ano stały! Ale to nie zasługa nebulizatora. O tym jednak za minutkę.
Jaki polecamy? Mamy Philipsa Family Soft Touch, bardzo sobie chwalimy, jest chyba najcichszy z dostępnych [to u nas ważne bo Bolo bał się warkotu], mały i z końcówkami dla Kurdupli.
Jeszcze rok temu nie uwierzyłabym ile inhalacja z soli i przegotowanej wody może zdziałać dobrego i jak pomaga zwalczać dziady... dziś przy pierwszych kaszlach wyciągamy maszynę, odpalamy dvd z Peppą i wdychamy. 







I tu dochodzę do sedna postu. 
Mianowicie trauma z przed roku trwała miesiącami, inhalacje już nie tak dramatyczne, nadal były robione praktycznie na siłę... Przed każdą mnie bolał brzuch, Bolo grochy ronił a Tata chodził nerwowo po mieszkaniu. Aż do 'tego' chorowania teraz. W dzień 'zagilania' zapukała do nas KURA.
Kura, pierwotnie zwana Kurczakiem a w niektórych kręgach nawet 'Sową' podbiła serce mego dziecka tak silnie, że stała Chorą Kurą, Która Ma Kaszelek.
Okazało się, że Kura wcale a wcale nie płacze, i nic a nic się nie boi podczas inhalacji.
Co więcej! Kura LUBI inhalacje a już całkiem się luzuje gdy siedzi obok Bola, który trzyma ją za skrzydełko i wspólnie bumelują czas na oglądaniu Peppy...

Proszę Państwa, po jednym dniu, moje dziecko nie tylko przestało się bać ale zaczęło inhalować się samo, na luzaka... no z małą pomocą Kury, która to trzyma Bola za rękę i wspólnie bumelują czas oglądając Peppę...

Gdy przyszła pani doktor, na moją 'przewrażliwioną' prośbę aby go jednak osłuchała - osłuchana pierwsza była Kura. I to Kura dostała dwie naklejki 'Dzielny Pacjent' bo Bolo oddal jej swoją...
No brak mi słów i nie wiem co jest w tej Kurze ale działa cuda!



I dwa słowa z innej 'mańki'.
Jakiś czas temu pisałam, że dość z tym minky, że już nie mogę tych [zbyt!] podobnych do siebie minkowych tulaków. Że się przejadło... I nadal sporo w tym prawdy ale okazuje się, że nasze dzieci są zwyczajnie 'pokoleniem minky'...
Moi rodzice to pokolenie szmacianych Zuź, ja to pokolenie gumowych lal i pluszowych miśków, a moje dziecko - pokolenie minky...
I z czym tu walczyć skoro to takie rozkoszne w dotyku, skoro Kurduple się wtulają a dorośli podkradają?
Walka przegrana na starcie.
Z mojego punktu widzenia jest jeszcze jedna ważna kwestia. POMYSŁ.
Oryginalny, nie 'inspirowany'. 
Tak jest w Lollishop.
To sklep ze słodyczami, rozkoszami, tak innymi, tak wyjątkowymi, tak 'nie-inspirowanymi' innymi...




Kura jest wielka. Kura jest boska. Kura jest poduchą. Praktyczną i 'nabitą' idealnie.
Na Kurze relaksik ma Bobek, na Kurze relaksik miewa Mama i Tata.
Kura ma taką 'twarz', że własna od razu od ucha do ucha wędruje.
Wreszcie Kura jest targana za skrzydło wszędzie, a śpi się z nią trzymając jej nogę [kochamy te nogi!]...

Kto chce Kurę vel Kurczaka vel Irenę [co zrobić skoro ma tak na imię ta Kura..] niech zagląda tu Lollishop 
a potem niech pisze do OliLolli na lollishop@wp.pl - bo ja to nie bardzo potrafię sobie wyobrazić, że można nie chcieć ;)

Lollishop to nie tylko Irena. To cała masa różności przesłodkich ALE my chcieliśmy w ramach 'gili, kaszelków' i innych dziadów polecić coś bardzo ale bardzo.
Termoforki. Suche termoforki z pestkami wiśni..
Mieliśmy taki myk jak Bobek miał parę miesięcy i pomagało na kolki. Kolki okazały się silną alergią więc nie w tym rzecz. Myk mieliśmy kupiony w Pradze w jakimś Rossmanie, brzydkie ale działało. Badziew był to, rozpadł się po paru miesiącach ale działał. Swoim ciepłem wyganiał bąki i koił malucha.
Od Lollishop mamy Termoforek Kurczakowy [jakże by inaczej!]. Nie dość, że przez swój wygląd powoduje, że Małe sam po niego chętnie sięga to jeszcze stało się coś super, najsuper dla nas.
Mianowicie ja, jako dziecko, cierpiałam ogromnie na bóle wzrostowe [cierpienie daremne jak z wesołością twierdzi Tata Bola...]. Kto zna wie co to za ból. Kto nie zna - ten szczęściarz. Za moich czasów walczyło się z tym bólem okładaniem kołdrami, watą, nacieraniem rozgrzewającymi maściami. I jak się okazuje niewiele się zmieniło a u mojego syna bóle wzrostowe już się zaczęły. Nurofen pomógł ale nie będę go serwować co noc... nacieranie odpada bo maści podrażniają mu skórą a raczej ją przypalają, pomogło silne masowanie, po dwóch nocach ani ja ani Tata Bola już rąk nie czuliśmy... Kanał.
A nie. Bo mamy Kurczaka. Siup do mikrofali na 2 minutki i na bolącą nogę. Ulga natychmiast. Bolo zasypia. Kurczak grzeje nogę jeszcze przez dłuuugi czas.
Jestem mega szczęśliwa i wielce Wam polecam.
Aha - Kurczak działa też odwrotnie. Tzn jeśli wsadzicie go do zamrażalnika [my go tam trzymamy z założenia, łatwiej podgrzać niż wychłodzić] to cudnie koi obicia, stłuczenia i inne 'ały' - jak kiedyś... paczka mrożonej marchewki z groszkiem... Znam Mamy, które stosowały takie termoforki do obniżania temperatury [zimny okład na wątrobę lub kark - nie wiem czy to jest prawidłowe postępowanie więc pisze jako ciekawostkę], a także do grzania własnych korzonków i nereczek...




A więc.
Kto chce Termoforek Kurczaka niech zagląda tu Lollishop a potem niech pisze do OliLolli na lollishop@wp.pl - bo ja to nie bardzo potrafię sobie wyobrazić, że można nie chcieć ;)

Zdrówka Kochani!!!