czwartek, 17 stycznia 2013

nieKLOCKOWY post.


Odkąd zostałam Mamą to oprócz doświadczenia ciężkiego niedoboru snu i ogromnego wysiłku w dążeniu do cierpliwości nauczyłam się bardzo odkrywczej rzeczy - nie oceniaj innego rodzica!

To takie proste.
Stoi Jęczybuła z rozciamkanym pączkiem na placu zabaw, umorusany po pachy, matka próbuje Jęczybułę namówić na powrót do domu.
A Jęczybuła nie chce. I drze się, niemiłosiernie, wnerwia tym wszystkich na około, każdy patrzy, każdy komentuje.
Każdy wie co zrobiłby lepiej. Klapsa dać, na siłę zaciągnąć i wpiąć w wózek, ignorować, nakrzyczeć, poczekać... przecież tyle jest opcji.

Leży Jęczybuła w sklepie. Drze się niemiłosiernie, chce soczek i koniec kropka, wali głową w podłogę.
Spojrzenia, dezaprobata, szepty. Bo jak ta matka mogła dopuścić do takiej sytuacji, to nienormalne zachowanie przecież!
To wychowanie bezstresowe, ma baba za swoje!

Jedzie Jęczybuła autobusem i kopie w siedzenie. Kopie i kopie. I matka mówi, żeby nie kopał. A on kopie i patrzy jej oczy.
Matka siłą trzyma nogi. A on kopie i wyrywa się. Drze się niemiłosiernie.
Na litość boską, patrzą ludzie, każdy wściekły, zmęczony, głowy już bolą, no zróbże kobieto coś! To twoje dziecko! Nie wstyd Ci?!

Przychodzi Matka do psychologa, i żali się, że Jęczybuła nic nie je, może nic nie jeść godzinami, a jak już coś zje to tylko suchą bułkę.
I psycholog mówi - wiadomo przecież! - nie tragizuj Matko, pogarszasz, dziecko się nie zagłodzi!
Krzywdy sobie samo nie zrobi!
To Ty stanowisz problem! Przetrzymaj, jak naprawdę zgłodnieje - zje.
Matka uwierzyła. Przetrzymała trzy dni, dziecko wylądowało w szpitalu. Wygrało.
Przetrzymało Matkę razy sto.

Stoi Tata z córką na parkingu. Córa drze się niemiłosiernie. Tata się pyta - chcesz do domu? Tak. To idziemy do domu. Nieeeeee!
Chcesz zostać? Tak. To zostajemy - nieeeeeeeeeeee. I ryczy. To czego chcesz? Do mamy!
Dobrze, to chodź. Nieeeeeee!. I ryczy.
To chcesz do domu? do mamy? zostać? czego ty chcesz? Na ręce!!!! To chodź na ręce. Nieeeeeeeeeee!
Tata odwrócił się tyłem do córki, zacisnął pięści i wymruczał 'ku*wa!ku*wa!ku*wa!.
To Basiu, idziemy na plac zabaw. Nieeeeeeeeeeeee! I ryczy. I drze się niemiłosiernie.

Matka pyta: chcesz soczek czy herbatkę?
Soczek.
Proszę, soczek. Nieeeeeeee! Ja chciałem herbatkę!!!!!!! I ryczy!

W każdej z tych sytuacji byłam obserwatorem. Jako, żem pedagog od razu przychodziły mi do głowy techniki, sposoby, mądrości jak z danej sytuacji wybrnąć. Wiedziałam wszystko, krok po kroku. Było mi żal rodziców, dzieci, często czułam coś w rodzaju politowania z nieudolności rodzicielskiej.
Tak było póki byłam bezdzietna.

Zostałam Mamą. I za cholerę nie wiem co robić w 99% trudnych sytuacji.
I całą moją wiedzę szlag trafił a ja działam instynktownie. Czy dobrze? Rzadko.
Górę biorą emocję, górę bierze zmęczenie, górę bierze poczucie mojej krzywdy i pragnienie:
'dajcie wy mi wszyscy święty spokój!!!'

To ja - kochająca swoje dziecko ponad wszystko, walcząca o niego od początku do końca, ja - leżałam obok niego w łóżku kiedy nie chciał zasnąć trzecią godzinę i klęłam w poduszkę na czym świat stoi, ja fantazjowałam, że go przez chwilę nie ma, ja waliłam pięścią w ścianę czując, że zaraz przesunie mi się jakaś granica, ja prosiłam męża żeby zamknął mnie na balkonie bo przysięgam! Zaraz zwarjuję! Ja wychodziłam z domu trzaskając drzwiami z obietnicą, że nie wrócę.
Ja płakałam, że już się obudził.
Ja płakałam, że znowu muszę go usypiać. Znowu nakarmić. Znowu wykąpać. A on znowu będzie ryczał.
Czego on tak ryczy?!!!
Ja.
Ja w głowie wiedziałam jedno a robiłam i mówiłam drugie.
Bo ja jestem tylko człowiekiem, często bardzo słabym.
I ja już nigdy nie osądzę żadnego rodzica. Dopóki nie robi dziecku krzywdy - nigdy!
Bo ja nie wiem, czy matka, która właśnie wrzeszczy na syna, który leży na tej podłodze w sklepie nie ma bolesnego okresu, a może boli ją kręgosłup, a może musi do toalety, a może martwi się, bo do pierwszego zostało jej 100 zł... nie wiem tego.
Nie wiem czy nie jest tak zmęczona, że nic a nic ją nie obchodzą zasady, porady, techniki, mądrości, ona chce mieć święty spokój, choć przez godzinkę.

I nie wiem czy ja bym nie kupiła tego cholernego soczku tylko po to żeby przestał się drzeć, i nie wiem czy siłą do wózka z niegrzecznymi słowami na ustach bym nie wpięła. Nie wiem.
Nie wiem czy na miejscu tego ojca by mnie szlag totalny nie trafił i nie zadzwoniłabym po żonę żeby 'go ode mnie zabrała'.

I piszę to wszystko bo jest konkurs.
Nie chciałam w nim brać udziału bo może i treści rodzinne, mam nadzieję, przekazujemy tak wychowawczych raczej nie.
Jednak zadaniem było napisanie postu zainspirowanego przez artykuł z danego portalu, i tak zaczęłam poczytywać, dumać, i jeden mnie jakoś 'tknął'. Ale też zmusił do myślenia.Ten -> KLIK

"Pierwszy krok polega na zatrzymaniu się i opanowaniu narastających emocji. To jest najtrudniejsza część, ponieważ opanowanie emocji, które czasem
zalewają nas jak fala tsunami to nie lada sztuka. W chwili stresu i napięcia wyobraź sobie klaps filmowy i postaraj się usłyszeć w swojej głowie głośny
okrzyk „AKCJA!”. Niech to będzie znak dla Ciebie, że to jest moment, w którym masz wejść w rolę, której właśnie się uczysz.
Kiedy już wyciszysz pierwszą falę emocji, skoncentruj się na sobie. Zadaj sobie pytanie: co ja teraz myślę? Co czuję w tej sytuacji? Co tak naprawdę przeżywam?"


No na litość boską, już widzę te wszystkie biedne matki, ze mną na czele, których dzieci drą się w niebogłosy, jak robią krok w tył, przymykają oczy i 'wnikają w siebie'...

i dalej:

'Często wystarczy okazać zrozumienie wobec emocji przeżywanych przez dziecko i jego potrzeb, a następnie wyjaśnić mu sytuację.
Możesz zacząć „kochanie, rozumiem, że…” i powiedzieć o uczuciach i emocjach które dostrzegasz, a następnie wyjaśnić sytuację z
Twojej perspektywy. W ten sposób komunikujesz dziecku, że dostrzegasz jego uczucia i że są one dla Ciebie ważne'


Całe dorosłe życie z tym się zgadzałam, i nadal uważam, że dziecku należy się szacunek dla niego i jego uczuć. Zdecydowanie tak.
Ale im dłużej jestem Mamą, im więcej rozmawiam z Mamami, im więcej mam do czynienia z Mamami w pracy - tym częściej uważam, że albo jest to źle zdefiniowane albo piękna to idea ale prowadząca do wielu cierpień matczynych.

Rosną dzieci, które w wieku 4 lat potrafią tak się wypowiadać:
Mamusiu nie pójdę do lekarza bo mam traumę!
Mamusiu nie wejdę 'w gości' bo mam stres!
Mamusiu nie mogę zasnąć bo mam stany lękowe!

Uczymy zbyt małe dzieci nazywania uczuć, sytuacji, stanów, na których definicję nie są gotowe. W efekcie każde wyjście do lekarza okupione jest trzydniowymi dyskusjami, debatami, nakręcającymi dziecko jeszcze bardziej, powodującymi, że fantazjuje na ten temat, często doprowadzając się do głębszych lęków.
Tymczasem do lekarza iść trzeba i koniec. Bez dyskusji. Bez debat, bez umawiania się, omawiania i układów.
Paznokcie obciąć trzeba i koniec. Umyć włosy. Zjeść zupę. Iść do łóżka, wyjść z kąpieli.

Co innego rozmowy, debaty na temat zajęć dodatkowych czy chęci spotkania z kolegą.

Tak więc dziecko, które w stanie histerii domaga się czegoś jest moim zdaniem ostatnim odbiorcą 'nazywania uczuć', raczej tym sposobem doprowadzimy do niepotrzebnej dysputy, często negocjacji.
Dzieci negocjują. Już dwuletnie.
A nie są na to gotowe, emocjonalnie, poznawczo, społecznie - a najczęściej nie radzą sobie wcale z 'nałożoną na nie' rolą.
A jakby tak powiedzieć NIE? Proste NIE.

Moja przyjaciółka powiedziała mi, że obiecywała sobie, że nigdy nie będzie dziecku mówiła: nie bo nie.
Po pięciu latach wychowywania przyznała się, że zwykłe 'nie' jest nie tyle prostsze, ile dużo łatwiej zrozumiałe dla jej dziecka.
Bo czuje się bezpieczniej, bo nie musi samo podejmować decyzji, na które nie jest gotowe.
I nie chodzi o 'złe nie'. Zwykłe 'nie'. Prosty komunikat.

Czterolatek musi mieć zakroplone oko. Przez cztery godziny jest histeria, rozmowy, dyskusje, polemika, negocjacje, umowy, histeria narasta.
Narasta też frustracja, złość, bezsilność rodziców.
Ojciec nie wytrzymuje, bez słowa bierze syna i w 3 sekundy zakrapla mu oko.
Mama pyta po wszystkim: 'Jak jest lepiej?'
Synek odpowiada: 'Tak jak zrobił tata, nie zdążyłem się bać'

Czy to wszystko jest słuszne? Dobre?  
Nie wiem, poddaję dyskusji.

Podsumowując - czy pozjadałam wszystkie rozumy?
Nie, nawet pół nie zjadłam.
Czy popełniam błędy wychowawcze?
Tak, popełniam je non stop. I popełnię jeszcze milion.
Ale jestem pewna jednego, chcę wychować swoje dziecko na mądrego, dobrego człowieka, który będzie potrafił radzić sobie w dzisiejszym świecie.
Czy moja droga aby to osiągnąć jest słuszna?
Nie wiem, zapewne skręci jeszcze mnóstwo razy.
Poradniki, hasła, metody, techniki - mówię im tak ale tylko jako wskazówce do własnych przemyśleń.
Na teraz wiem jedno - chcę być rodzicem asertywnym.
Asertywność należy się nie tylko dzieciom.

-------------------

Im dłużej dumam nad tym wszystkim tym mocniej odczuwam jakie to chowanie i wychowywanie jest cholernie ciężkie.
I jakie cholernie piękne.



64 komentarze:

  1. Eeeech....Popłakałam się... Bo jesteś jak jakaś pokrewna dusza - czujesz to samo co ja, tylko, że Ty nie boisz się tego nazwać i - więcej - głośno tego powiedzieć! To wszystko prawda! Święta prawda! Każdziutkie słowo, które tutaj napisałaś! Jesteś niesamowicie mądrą kobietą i mamą! Brak słów... Powinnaś napisać książkę:) Pozdrawiam Ola

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękny tekst! Taki prawdziwy, bez lukrowania i owijania w bawełnę. Kawa na ławę. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Super:) Lepiej to nie może być ujęte!Książki, poradniki, porady specjalistów często zderzają się z rzeczywistością! Matka też czasem może mieć dość! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. O kurde!!! Ten twój dzisiejszy post jak by mi z nieba spadł! i mysli te same mi sie nasuwaja co Tobie! i sił mi brak i bezradna dziś bylam ( jestem) jak nigdy... bo mój ma prawie dwa latka... i zastanawiam sie nad tym gdzie jest granica pomiedzy typowym "buntem dwulatka" a tym co wyczynialo dziś moje dziecko... a typowe porady na nic sie zdają...

    OdpowiedzUsuń
  5. mocne i prawdziwe, wzruszające, w Twoich słowach zawsze można odnaleźć samą siebie, dziękuję za wszystkie Twoje posty, jak nie bawią, to wzruszają lub uczą i te wszystkie cudeńka, które pokazujesz, ciesze się,że trafiłam na takiego fajnego bloga, prawdziwej, wspaniałej mamy, która nie udaje,że zawsze jest super, a co do napisania książki, jestem za!:) pozdrawiam Dominika

    OdpowiedzUsuń
  6. genialny post! dziękuję za tę mądrość!:)

    OdpowiedzUsuń
  7. W połowie dostałam mini depresji, bo znowu sobie pomyślałam, że jestem wyrodną matką. Piszesz o tym jak się wkurzasz i jak siedzisz przy małym 3h, odbieram to, że Ci zależy, bo się przejmujesz stąd te emocje. Ja tak trochę mam dużo rzeczy w nosie- chcesz beczeć- becz, ale u siebie w pokoju, nie chcesz spać- nie śpij, ale w łóżeczku, bo jest noc i ja chcę spać. Pełno, pełno innych sytuacji. Czy źle robię? Nie wiem sama. Już to kiedyś pisałam, że inaczej sobie macierzyństwo wyobrażałam. Niestety moje dziecko będzie miało ze mną ciężko, bo ja jestem konsekwentną i upartą matką, której nie ruszają łzy. Ta kara, te wymagania i ta konsekwencja jest dla jej dobra i mam nadzieję, że mimo nie jednej kłótni ona w przyszłości to doceni.

    Klepię i klepię... Wymyśliłam, że kurczę, Ty to jednak jesteś... Nie da się pod postem napisać "super wpisik, pozdrawiam" tylko trzeba odmóżdżony łeb ruszyć i coś więcej nabazgrać.

    OdpowiedzUsuń
  8. Cieszę się że w końcu ktoś mówi całą prawdę o macierzyństwie... Zawsze słyszałam "ja takich problemów nie miałam" , "nie nic takiego nie było", "robi Ci tak?! " czułam się jak jakaś nienormalna, że doszukuję się problemów... a ja po prostu otwarcie mówiłam jak jest, szukałam logicznego wyjaśnienia i pomocy-wsparcia. Jedynie co słyszałam " ojjj już nie przesadzaj, nie masz źle". Macierzyństwo to trudna droga i najgorszy zawód świata... ale jednak "cholernie piękny"!;)) Teraz wiem do kogo zgłoszę się w razie czego po poradę.... Dziękuję że jesteś:* pozdrawiam Marta:*

    OdpowiedzUsuń
  9. Zatkało mnie. Jakbyś mi do głowy weszła i wyszperała te wszystkie ukryte myśli. Pisz jak najwięcej, bo nie dość, że styl masz wyjątkowy to treści są zawsze "soczyste". Nie tylko śmieszne. Nie tylko ciekawe. Jak się okazuje i mądre, ale na taką mądrość trzeba mieć "cholerną" odwagę. Uwielbiam jak słowa w twoim pisaniu zyskują mocy. "Cholernie piękne'.
    Antośka Modrzewska

    OdpowiedzUsuń
  10. No cholera, Mamo Bola chodźże Ty ze mną na piwko :D Dziewczyny tu wyżej piszą, że masz rację, a ja napiszę, że masz zajebistą rację, tylko, że nie znam ani jednej kobiety, matki, która by to głośno powiedziała! Szacun, ale totalny. Ojciec Asertywny.

    OdpowiedzUsuń
  11. Dziękuję za ten post. Popłakałam się wewnętrznie...

    OdpowiedzUsuń
  12. ja krótko. kocham Cię!
    Bolo ma ogromne szczęście, że jesteś jego Mamą!!!

    OdpowiedzUsuń
  13. ooo tak!!!!! wszystko na tak tak !!!!

    OdpowiedzUsuń
  14. No cóż tu dużo się rozpisywać - wspaniale napisałaś całą prawdę.

    OdpowiedzUsuń
  15. Pierwszy raz Cię przeczytałam. Jestem Twoja fanką :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Nie wiem co napisać. Dziękuję. Najmocniej :)
    Każdy komentarz to jak solidna dawka endorfin pochodzących z czekolady i mocnego wysiłku.
    Dziękuję bo czuję teraz, że warto ... :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Jakbym siebie słyszała,też jestem pedagogiem i mamą prawie rocznego Franka... Nie piszę blogu, jednak aż mnie ręka swędzi jak widzę, czytam blogujące mamy. Razem z przyjaciółką, też pedagogiem nazywamy blogowisko - siedliskiem próżności...Moje dziecko chodzi w Zarze, kupiłam najnowsze, nabardziej ekologiczne klocki drewniane (gdzieżby plastikowe), grające zabawki ( znanej firmy)skandal...Pieluszki - oczywiście wielorazowe, zupki, no jakżeby inaczej gotowane samodzielnie, z warzyw, które rosną w ogródku... Mięsko jasne ekologiczne od zaprzyjaźnionego rolnika...Lekarz pediatra specjalista najwyższej klasy, fizjoterapeuta z doświadczeniem, najlepszy w całej Polsce ( może i na świecie) no i emocje zawsze z najwyższej półki :) To o czym piszesz dzisiaj, w blogach mam nie istnieje. W związku z tym pytam: gdzie są w przedszkolu i szkole te dzieci doskonale wychowane,ubrane,ukształtowane na geniuszy przez genialnych rodziców? Wielkie dzięki i brawa dla Ciebie :) Jak poprzedniczka napiszę: pierwszy raz tu goszczę ale już jestem Twoją fanką :*
    Pozdrawiam i trzymam za Ciebie kciuki :)
    Justyna R.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. trudno się zgodzić... blogowisko jak i świat pełne jest wszystkiego, są mamy polukrowane jest matka sanepid http://www.matkasanepid.pl/index.php/2013/01/wywiadowka/ i inne matki bez lukru:)

      A sam post świetny, prawdziwy, jak życie...
      pedagog z wykształcenia i matka trzylatki z wyboru:)

      Usuń
    2. Dziekuję, chętnie poczytam.Jednak w swoich spostrzeżeniach nie jestem sama proszę spojrzeć na post poniżej :)Pozdrawiam
      Justyna

      Usuń
    3. Matka Sanepid często rozbawia mój niedospany mózg :)

      i dziękuję! :)

      Usuń
    4. Justyna, po pierwsze zgadzam się na 100. Stety/niestety trzeba mieć choć trochę próżności w sobie aby w ogóle pisać obcym ludziom o sobie, o swoich spostrzeżeniach, więc i ja do tego grona się zaliczam. Ale przyznaję, że kopem do zaczęcia pisania bloga był przekór. Ile można czytać i patrzeć na raj na ziemi? Tym bardziej, że ten raj za cholerę nie przekłada się na życie. Może to takie bajki pisane ...
      Moje dziecko je słoiczki, używa Pampersów, nie je specjałów eko/bio, nie gotuję więc sądzi, że posiłki przychodzą z windy...tylko, że ja lubię do tego ładne rzeczy, lubię otaczać się pięknymi przedmiotami - ahaś! tu chyba we mnie najwięcej próżności jest :) wiesz, dziękuję Ci szczerze bo w końcu to nazwałam :)najcieplej pozdrawiam :)

      Usuń
    5. Matkę Sanepid dorzucam do ulubionych... Dziękuję.Chyba miałyście więcej szczęścia z tymi blogami :p
      Justyna

      Usuń
    6. Klocek i kredka :) Zaczynam się bać... że Ty to Ja :* Podpisuję się pod wszystkim co napisałaś... Pozdrawiam odezwę się na fejsie na priv ;) Czekam na kolejne wpisy...
      Justyna

      Usuń
  18. Bardzo prawdziwe i bardzo piękne !!!

    OdpowiedzUsuń
  19. Asertywność należy się też rodzicom - strzał w 10! Pamiętam moje pierwsze spotkanie z psycholog dziecięcą, która przez całe 45 min starała mi się pokazać, jak mam "podążać" za dzieckiem i jego potrzebami. Uciekłam w popłochu. Podążanie w jej ujęciu oznaczałoby koniec własnego życia. Ale emocje - tu się nie zgodzę. Ich niedojrzałość u młodocianych bywa powodem frustracji, zarówno u matek, jak i u dzieci. Dlatego warto je nazywać i uczyć, jak sobie z nimi radzić.
    Jak to w życiu, najskuteczniejszy jest złoty środek i nieprzeginanie w żadną stronę :) A na najgorsze frustracje pomaga zdystansowanie się, np. jak ja tu http://dlaczegoludzkosc.blox.pl/2013/01/Najczestsza-choroba-wieku-dzieciecego.html
    Polecam, przynosi ulgę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byłam na 'chorobie' :D dobre! :D

      co do uczuć, tak, oczywiście, że trzeba je nazywać, ale takie i w taki sposób na jakie jest gotowe dziecko - miłość, tęsknota, strach, złość, tak.
      Lęki, traumy, stresy, nerwice... nie.

      Usuń
  20. I ja się wypowiem bo od wczoraj myślę tylko o tym poście. I szczerze mówiąc, to jak już ktoś napisał, jakbyś weszła mi do głowy. To wszystko są moje myśli! Tylko nigdy nie umiałam ich sprecyzować, nie jestem odważną mamą, zawsze czułam się gorsza, że nie potrafię dziecku wypełnić na różowo życia, nie jest u mnie bio, eko, markowo, modnie. Myślałam, że jest normalnie ale nie, na blogach widać piękne dzieci, piękne matki, piękne dodatki, piękne potrawy...a ja daję parówkę do ręki. I mimo, że pokazujesz piękne, często drogie rzeczy to czytam to wszystko jako inspirację, nie narzucone zdanie - kup to bo jak nie to twoje dziecko będzie gorsze. Okraszone pięknymi zdjęciami i ciętym humorem. I za to dziękuję. Właśnie mam poczucie, że nie osądzasz, że jak piszesz, że coś jest piękne i mądre to jest to twoje zdanie a nie zdanie świata.
    A tym postem udowodniłaś, że jesteś utalentowaną kobietą, twoje teksty czyta się jednym tchem, z przyjemnością czytałabym takie artykuły na portalach dla rodziców czy czasopismach. To chyba bez ładu i składu co piszę, ale musiałam. Bez słodzenia - uwielbiam Klocka i Kredkę. Ada, Mama Franka, Mai i Zuzki.

    OdpowiedzUsuń
  21. Zabrakło jednej ważnej rzeczy, którą miałam napisać - MASZ NIESAMOWITY DYSTANS. To wielka, wielka sprawa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ada, za ten dystans to pokłon. Cholernie ciężko go utrzymać, ale tego jednego nie popuszczę.
      Bo zwariuję.

      Usuń
  22. Powiem krótko, przeczytałam co to za konkurs i uważam, że najlepsze co może zrobić portal to współpracować z Tobą, twoim piórem, humorem i jw - dystansem. Zrobią tym prawdziwą przyjemność innym rodzicom. Emilia Kondulska.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się, nikt tu nie mówi, że rady są złe. Chodzi o nowe, świeże spojrzenie, taka pisząca Mama jak Klockowa byłaby świetnym nabytkiem :)

      Usuń
    2. Popieram przedmówczynie :) Taka przyjemna kobieca próżność, która nie narzuca, a pokazuje że zabawki dla dzieci to mogą być małe lub większe cudeńka. Zebrane myśli,pozwalają zaś pochylić się rodzicom nad problemem. Bez nadmiernego nadęcia "sowy najmądrzejszej głowy".
      Justyna R.

      Usuń
    3. Tak! I ta dawka ciemniejszego, mocnego i inteligentnego humoru!

      Usuń
  23. Zapraszam do mnie po wyróżnienie :-)
    http://mamapomyslma.blogspot.com/2013/01/wyroznienie-versatile-blogger-award.html

    OdpowiedzUsuń
  24. Doczytałam do miejsca w którym było "klik" do artykułu i zaczełam Cie podejrzewac, ze zamieściłaś go, bo myślisz dokładnie jak pani psycholog. Za te podejrzenia bardzo przepraszam :)
    Pozdrawia
    bbasia

    OdpowiedzUsuń
  25. Ahhh i ja powtórzę to co pisały poprzedniczki "Jakbyś mi to z głowy wyciągnęła". No właśnie z głowy, a nie z ust. Myślę i czuję to samo. Ale czemu o tym nie mówię? Wstyd? Lęk? Co inni powiedzą? Przecież jestem silna. Przecież jestem mamą. Wiem co i jak. Wiem najlepiej. Jak będę wyglądać w oczach innych gdy się poddam? I w ten sposób siedzi to wszytko w głowie i wyrzucić tego się nie chce. A może gdyby się wyrzuciło to byłoby łatwiej? Tego też nie wiem. Chyba brak jeszcze odwagi. Potrzeba czasu. Potrzeba mi do tego dorosnąć. Ale dzięki Tobie Mamo Bola wiem, że można. I nie trzeba się wstydzić.

    Trochę nagmatwałam chyba, nie wiem czy to co napisałam jest zrozumiałe, ale to były po prostu wyrzucane myśli siedzące w głowie.

    OdpowiedzUsuń
  26. Nie twierdzę że się nie zgadzam, ale nie jest to odrobinkę zbyt dobitne? Czy nie macie czasem wrażenia, że nasze sfrustrowane reakcje (bo nie twierdzę że ja ich nie miewam) wynikają ze zbyt małej ilości czasu poświęconego samym sobie? Nie zapominajmy o sobie jako kobietach!
    Walczcie o to ze swoimi mężami, babciami i nie tylko! Dajcie sobie trochę czasu a zobaczycie efekty, choćby w postaci zwielokrotnionej po stokroć cierpliwości wobec dziecka. Dajcie sobie możliwość zatęsknienia za nim. A uwierzcie mi - udaje się wtedy zrobić krok w tył i "opanować".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj mnóstwo w tym racji, czas dla siebie to jakiś święty gral bo wyjść się da, wszystko się da ale jest to okupione takimi komplikacjami, umawianiami, planowaniami, a głowa i serce i tak po godzinie myślą czy skarpetka się nie zsuwa.. czy nie głody, czy dali pić, czy nie tęskni...
      ja taka głupia jestem, wywalczę, pójdę i dumam, czy to czy to tamto - chociaż przyznaję, że coraz częściej i coraz dłużej robię OFF MAMA TRYB chociaż na te 2 h...

      zbyt dobitne? możliwe :) pewnie tak ale niedobitne nie poruszy :)))

      Usuń
    2. Z czasem zapomnisz o tej skarpecie ;) Tylko trenuj, trenuj te wyjścia bo trening czyni mistrza!

      Usuń
    3. I jeszcze, obawiam się zwyczajnie zachowań tych wszystkich mam dla których Twoje słowa stały się świętością, i dla nich może to być zbyt dobitne, a co za tym idzie ich zachowanie może się stać zbyt dosłowne, kosztem dziecka.

      Usuń
    4. Myślę, że żadne moje słowa dla nikogo świętością się nie stały [ja nie daje też żadnych rad!!! i piszę wprost, że NIE WIEM, prawie nic nie wiem :) ] i ja nic a nic się nie obawiam o wszystkie te Kurduple, bo właśnie ich mamy są mamami świadomymi, troskliwymi, chcą rozmawiać, przemyśleć, szukają, jak ja szukam najlepszej drogi, krętej, często frustrującej ale takiej żeby i mnie przy okazji nie potarabaniła... - a nie ma nic lepszego niż o tym wszystkim pogadać, ponarzekać [miejmy prawo narzekać :)] podumać w gronie 'podobnych'

      i napiszę z Capsem :D
      NIC NIE JEST CZARNO BIAŁE, ŻADNA PRZESADA NIE JEST DOBRA.
      I NIC NIE JEST RAZ NA ZAWSZE UZNANE ZA JEDYNĄ RACJĘ, PRZYNAJMNIEJ NA KLOCKU ;)
      [i jeszcze - dopóki dziecku nie dzieje się krzywda!!! dajmy trochę oddechu, spokoju tym mamom [i tatom ;)], niech czują, że mają prawo do błedów ...

      Usuń
    5. "Myślę, że żadne moje słowa dla nikogo świętością się nie stały" - nigdy nie możesz być tego pewna.
      Ale o odpowiedzialności poniżej :) Podziwiam!

      Usuń
    6. Jeżu, laski załamujecie mnie ! Przestanę tu wchodzić, bo tylko doła łapię. Ja jak wyjdę z domu to mnie nie raz i 10-12h nie ma i piszę sms do męża tylko czy poszła spać. Teraz przez Was mam wyrzuty sumienia, że umiem mózg sformatować i o dzieciorze nie myśleć. Boję się, że za 20 lat Nini przyjdzie i mi powie, że jej nie kocham. A ja kocham i jak z nią jestem to ciągle to mówię i ciągle całuje i przytulam, ale nie czuję się od niej uzależniona, bo tłumaczę sobie, że przecież ma też tatę, który równie dobrze się nią zajmie. Myślę egoistycznie?

      Usuń
    7. Właśnie TY mądrze, TY umiesz! Ja zazdroszczę bo muszę się tego uczyć! Puknij się w czółko z wyrzuami sumienia i myśl jaka jesteś szczęśliwa, i masz 100% racji z tym tatą, ja to sobie za każdym razem powtarzam i to działa, nie jestem niezastąpiona! Ale większośc, w tym ja, mam ma poczucie, jakieś zupełnie z kosmosu, że jest absolutnie wiecznie niezbędna i świat Dizeciorowi się załamie jak nie będzie na posterunku 24h - więc BRAWO!

      Usuń
  27. Ok, może i dawanie ciągłego wyboru jest złe, ale złe też jest ciągłe nie bo nie. Trzeba umieć znaleźć półśrodek, i to co u NASZEGO dziecka działa najlepiej, a nie stosować podręcznikowe zasady, bo niby dlaczego ktoś kto je napisał jest mądrzejszy od nas? (A często są to bezdzietne psycholożki ;)
    Kto wie lepiej od NASZEJ matczynej intuicji - postępujmy więc zgodnie z nią. To MY znamy nasze dziecko najlepiej, i to MY wiemy jaka NASZA postawa przyniesie zamierzony efekt. Pamiętajcie każde dziecko jest inne, ma różną osobowość, stopień wrażliwości, nie na każdego każdy sposób jest dobry. Nie wspominając o tym, że pewne zachowania mogą być objawem poważnych chorób, trudności w nawiązywaniu kontaktów, i to wynika z pracy układu nerwowego a nie rozbestwienia czy naszych nieprawidłowych zachowań! Bądźcie czujne, obserwujcie, i starajcie się zrozumieć. Bo po tym co przeczytałam powyżej widzę te tłumy mam, które nie słuchają tego co mówi do nich (w nie adekwatnych do sytuacji emocjach) dziecko, bo jak mantrę powtarzają: jestem asertywna, jestem asertywna! I... tak, jestem mamą, dwójki upierdliwców :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszytsko zgoda do momentu: 'Bo po tym co przeczytałam powyżej widzę te tłumy mam, które nie słuchają tego co mówi do nich (w nie adekwatnych do sytuacji emocjach) dziecko, bo jak mantrę powtarzają: jestem asertywna, jestem asertywna!'
      Bo mi się z kolei wydaje, że nam, matkom właśnie prawie, że nie wolno być asertywnymi, mamy podążać za dzieckiem, słuchać go, wczuwać się... oczywiście! w końcu jesteśmy mamami i będziemy to robić tak czy siak, bo kochamy! Chodzi o to, że są sytuacje kiedy mamy prawo postawić sprawę jasno, będzie tak i tak i koniec, nie zawsze, nie wszędzie, nie z zasady - ale upieram się, że dysputy, dywagacje, negocjacje są niepotrzebne a nawet krzywdzące [dziecko też], wydłużają czas trwania nieprzyjemnych rzeczy, powodują, że u dziecka narasta każde z negatywnych emocji [starch, histeria, złość, agresja] i tak jak pisałam, stawiamy je w roli partnera a partnerem w wielu kwiestaich nie sa i byc nie powinny. Wtedy mamy prawo włączyć asertywność, tylko, że o tym nie pamiętamy, że takie prawo mamy.

      Tak jak w szkołach więcej praw ma uczeń niż nauczyciel. A każda rola ma SWOJE prawa...

      'Bo po tym co przeczytałam powyżej widzę te tłumy mam, które nie słuchają tego co mówi do nich (w nie adekwatnych do sytuacji emocjach) dziecko, bo jak mantrę powtarzają: jestem asertywna, jestem asertywna!'
      jest niesprawiedliwie ujęte moim zdaniem :)

      Usuń
    2. Pierwsza część: zgadzam się aboslutnie - ale z naciskiem na "są sytuacje". I: nie zawsze, nie wszędzie, CZASEM SIĘ ZDARZY itp...
      Nie jest niesprawiedliwie ujęte, chciałam pokazać że któraś z mam która to czyta może to odebrać jako głównie panującą zasadę, i objąć stanowisko: "O nie! Ma być tak jak ja mówię!" zawsze...

      Usuń
    3. 'Nie jest niesprawiedliwie ujęte, chciałam pokazać że któraś z mam która to czyta może to odebrać jako głównie panującą zasadę, i objąć stanowisko: "O nie! Ma być tak jak ja mówię!" zawsze...'

      ok, w takim razie ok, i pewnie, może się zdarzyć taka mama, ale ja nie moge za to czuć się odpowiedzialna, bo moze zdarzyc sie tez taka mama ktora przeczyta podlinkowany artykul i bedzie z notesem w reku wykonywala wszsytkie przykazania krok po kroku gdy jej dziecko bedzie walilo glowa w sciane bo tak napisala pani psycholog... no na to juz wplywu nie mamy :)) ani ja ani pani psycholog :D

      Usuń
    4. Dokładnie, ręką i nogą się podpiszę (i jak pod większością Twoich wpisów), ale ja obawiałabym się właśnie takich złych interpretacji moich słów, tej odpowiedzialności właśnie, i chyba dlatego nigdy w życiu bloga nie pisałam :D Także szacun, bo zapewne przecież zdajesz sobie sprawę jak dwojako niektóre wpisy mogą być odbierane. I może warto czasem podkreślić tą ważną "istotę tematu" tak na wszelki wypadek :D

      Usuń
    5. pewnie, że zdaję [częściej niż rzadziej:D] - dlatego czasami nawet 'mam stres' :D

      Usuń
    6. i dziękuję za fajną dyskusję :)

      wszystkim ogromnie dziękuje za odzew - każdy! :)

      Usuń
  28. To ja dorzucę jeszcze swoje trzy grosze. Moje prywatne dziecko ma lat 8 ale są też te ze szkoły i harcerstwa. Niedawno krzyczałam na prywatne bardzo przy odrabianiu lekcji. Spytała czy darłabym się tak w szkole. Powiedziałam, że oczywiście, że nie. Dlaczego, spytała. No więc ją na to zalewając się łzami- bo cię kocham głuptasie :-). A jeżeli chodzi o " nie bo nie". To złoty środek jest oczywisty. Miałam drugoklasitę, który urządzał ode mnie uzasadnia dlaczego ma: teraz rozwiązywać zadania, zmienić buty, napisać datę itp. Gdybym chciała mu wszystko tłumaczyć, nie miałabym czasu na nic innego. Mimo tego, że Basik jest już duży jest wiele spraw załatwionych na zasadzie " bo ja tak mówię". Jestem przekonana, że jej dzieciństwo w związku z tym jest prostsze i mamy więcej czasu na naprawdę ważne rozmowy:-)

    OdpowiedzUsuń
  29. Dziękuję, że jesteś... że potrafisz tak pięknie napisać o tym o czym każda z nas myśli...
    Ja, często też miałam w głowie cały plan działania ja widziałam, że rodzic nie radzi sobie z dzieckiem... takie "zboczenie zawodowe", ale odkąd jestem mamą... hmmm wiem, że dużo łatwiej oceniać sytuacje i problemy wychowawcze innych niż własne. Często sobie myślałam, że jak będę miała dziecko to będzie ono takie a takie, ja będę robiła to, a tamto żeby było grzeczne i takie tam bajki. Nie da się tak! Nie da się ułożyć planu wychowania dziecka tak samo jak nie da się zaplanować życia dzień po dniu, jest to niewykonalne!!
    Teraz jak widzę, umęczoną kobietą, w dresach, z workami pod oczami, która pcha wózek wypchany siatami z drącym się dzieciorem, nie dającym się zainteresować niczym, wyrzucającym wszystko co mu matka podetknie pod nos... nie bojącym się gróźb, nie słuchającym próśb to mam ochotę przytulić tą kobietę i powiedzieć "Nie jesteś sama!" bo widząc ją, patrzę na siebie... i nie daję sobie prawa do oceny... nikt nie ma takiego prawa. Niestety społeczeństwo wie lepiej, co jest dobre dla naszych dzieci, jak powinnyśmy je wychowywać, a w nas rośnie tylko stres, poczucie beznadziejności, zmęczenia, frustracji i WSZYSTKIEGO!

    i pisząc ten komentarz dochodzę do smutnych wniosków... bo zdaję sobie sprawę, że w takich sytuacjach, "słabsze" z nas- matek- potrafią pęknąć... i ręka im idzie do góry... i dziecior dostaje w tyłek, za wszystko... i za komentarze innych i za to że się drze... i wtedy ku przerażeniu można sobie uświadomić, że to nic nie daje, że powoduje jeszcze większe rozwrzeszczenie i tylko wyraz oczu się zmienia na oskarżający...

    Zawód matki jest najcięższym na świecie....
    Pozdrawiam, mama Mary Jane

    OdpowiedzUsuń
  30. Jako mama nie jestem zaniedbana, nie mam worków, nie chodzę w brudnym dresie, wprost przeciwnie.Godzę wszystko, gdyż zorganizowałam sobie dzień. Jednak moje koleżanki - intelektualistki, samotne, poświęcone pracy często pytają: jaką książkę ostaniom przeczytałaś?Musisz gdzieś wyjść bo jesteś ograniczona, tylko dom i dziecko.Idziesz na wychowawczy - co Ty będziesz w domu robiła?"wysiedzisz"?A ja chodzę do kina, wpadam do znajomych,uczę się i czytam Koziołka Matołka i wcale nie czuję się ograniczona, a wręcz przeciwnie, bo Koziołek i Małpa są dla mnie o wiele wartościowsze niż inne książki świata - na chwilę obecną a urlop wychowawczy to wspaniały wynalazek i wiem ze nic lepszego mojemu dziecku dać nie mogę jak mój czas :)
    A innych matek nie oceniam, chcą wracają do pracy, oddają dzieci babciom, nianiom, ja czuję się spełniona. A zdanie - SIEDZISZ W DOMU - doprowadza mnie do szału- akurat jestem na etapie raczkowania :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla sprostowania, bo widzę, że źle mój komentarz został odebrany, nie napisałam, że dres owej mamy jest brudny, a ona zaniedbana! chodziło mi raczej o matkę niewyspaną i nie zakładającą seksi skórzanych rurek do warzywniaka...

      Pozdrawiam, mama MJ

      Usuń
  31. Magdalena Kurgan-Szlachta19 stycznia 2013 04:41

    Widzę, że nie tylko ja doszłam do wniosku, że przed urodzeniem dziecka "zboczenie zawodowe" wyłaziło z człowieka. Pchało się, chciało dojśc do głosu... Ja niejednokrotnie chciałam zaczepić, próbować pomóc, bo przecież tak ładnie pisali w książkach co trzeba robić, jak trzeba robić... bo -wtedy- myślałam, że wiem, że potrafiłabym załagodzić sytuację jaką widzę, bo są metody, bo są techniki... a teraz, sama widzę te spojrzenia na sobie, widzę jak niektórzy by chcieli mi dać radę (pewno też pedagodzy po studiach z głową pełną wiedzy... bezdzietni), inni patrzą z wyrzutem jakby chcieli powiedzieć "Zła matka", jeszcze inni wręcz z obrzydzeniem i pogardą, no bo jak taka osoba może być matką skoro niezaradna, nie potrafi zrobić "czegoś" żeby dziecko przestało być "niegrzeczne". Hehe oj dużo sytuacji takich miałam... ale jak trzeba pomóc wnieść wózek do autobusu to chętnych jakoś nie ma, jak się wysypią ziemniaki na chodniku, to "zbieraj se sama, babo! wszak to twoje pyry". a że dziecina biedna, porzucona przez matkę zbierająca ziemniaki, które ktoś kopnie- bo nie widzi, się drze to też moja wina. Taaaak, matka ma w każdej sytuacji się bić w pierś z okrzykiem moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina! I nikt nie pomyśli, że przyczyn płaczu, krzyku dziecka może być tysiące...Ale cóż suma sumarum z tym przyszło nam żyć Nam Matką pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  32. Nie wiedzieć czemu, nie czuję się niewyspana, chociaz mam nocne budzenia,ranne wstawanie i kładzenie się spać po północy, zastanawia mnie skąd mam tyle siły by jeszcze w ciągu dnia poczytać kodeks cywilny i Bajki Ezopa, zrobić obiad i poprasować cała pralkę?To mi chyba daje macierzyństwo, bo wcześniej ciągle byłam niewsypana i zestresowana, praca,praca, praca..... A jestem matką "na 1/2 etatu samotnie wychowującą" mąż pracuje od rana do nocy i żadna babcia mi nie pomaga.A siła jest niesamowita!!!

    OdpowiedzUsuń
  33. Podpisuję się obiema łapkami... tez kiedyś byłam mądrym pedagogiem... już nim nie jestem o ponad 8 lat;)

    Super tekst szacun!!

    Pedagog z wykształcenia w życiu mama trzech dziewczynek

    OdpowiedzUsuń
  34. Na studiach mieszkałam z dziewczyna z pedagogiki, fiu bździu w głowie, dyskoteki, chłopaki, ciuszki i nic więcej, egzaminy nie były aż tak trudne więc jakoś szła do przodu,ale ciągle powtarzała - jak będę miała dziecko to wszystko będę wiedziała i tak je super wychowam.. Zazdrościłam jej, powiedzmy ma kawę na ławę, a ja się muszę namęczyć.... Ale tak jak dziewczyny piszą studia na wychowanie recepty nie dają, z resztą gdy spotykam się z koleżankami nauczycielkami ich dzieci wcale nie są rewelacyjnie wychowane, a wręcz nie chciałabym by moje tak się zachowywało, a ona tłumacza to tak : wiesz ja mam dzieci dość na codzien, nie chce mi ie jeszcze z moim siedzieć w domu, czytać, tłumaczyć....Jednak coś w tym jest.

    OdpowiedzUsuń